"W rytmie narkomanii"
Powrót
Zrecenzuj, proszę
Opowiadanie może i dość naiwne, ale dla mnie najważniejsze.
Miłej lektury, Dredziara.
„Pierwszy raz jest zawsze najlepszy” – bardzo często powtarzał. Tak, miał rację. Najpiękniej wspominam pierwszy prawdziwy dzień naszej znajomości...
To była wczesna, acz bardzo ciepła wiosna. Przez uchylone okno mojego pokoju wdarł się delikatny świergot ptaków plotkujących wesoło na gałęziach kwitnącego fioletu bzu, którego subtelny zapach wnosiły słabe, ciepłe podmuchy wiatru; zaś słońce rozchylało nieśmiało promienie na tle błękitnoróżowego, czystego sklepienia nieba. Ten wschód rozpoczął naszą historię...
Wybierałam się właśnie myślami na krótki spacer śladem rodzącej się wiosny, siedząc pod wielkim dębem naprzeciw krystalicznie czystego jeziora i badałam czystą zieleń trawy, gdy usłyszałam w oddali swoje imię, wypowiedziane tak przecież dobrze mi znanym, melodyjnym głosem dziewczęcym, który to ostatnio słyszałam dwa lata wcześniej. Tak jak wtedy, była w towarzystwie dwóch chłopców. Sama Kamila nie zmieniła się nic, jednak owi młodzieńcy wręcz nie do poznania.
Marco i David byli braćmi, zaś dla Kamili – kuzynami. Pochodzili z niemieckiego miasteczka Wolfenbuttel, leżącego na południu od Hamburga, ale– wbrew pozorom – język polski opanowali do perfekcji. Gdy widziałam ich po raz pierwszy, trudno było chłopców od siebie odróżnić. Mali, drobni blondyni o ciemnych oczach, taki sam strój – białe koszulki i jeansowe ogrodniczki – niewielka różnica wzrostu, szerokie uśmiechy i dziesiątki małych piegów rozsypanych na drobnych, choć zawadiacko zadartych nosach. Różnili się tylko długością włosów: Marco miał je bardzo krótkie, postawione modnie na żel; David wiązane w zgrabnego kucyka, ledwie sięgającego ramion.
Łatwo więc wyobrazić sobie moje zdumienie, gdy tego dnia chłopców łączył tylko niezmienny uśmiech. Starszego o rok, piętnastoletniego już Davida, poznałam po dłuższych włosach, tym razem rozpuszczonych i gładko lśniących w słońcu, opadających aż po pas, który zdobił pasek ze srebrnymi kolcami przymocowany do czarnych, skórzanych „rurek”, obszytych gdzieniegdzie barwnymi naszywkami logo zespołów metalowych, z których oczywiście nie znałam ani jednego. Wśród tłumu ludzi ubranych w jasnokolorowe t-shirty, wyróżniała go zwłaszcza gruba kurtka uszyta z tego samego materiału co spodnie, bogata w wymyślne ozdoby typu łańcuchy, agrafki czy ćwieki, zaś na plecach narysowany miał białym korektorem ogromny znak anarchii. Wizerunku dopełniały czarne glany z dość żarówiastoczerwonymi sznurówkami, a całość podkreślała czarna opaska na włosach z białym napisem: „Momento Mori”. Absolutne przeciwieństwo Marco, którego czarne, rzadkie, oplatające ramiona włosy zdobiły bardzo jasnoróżowe pasemka doskonale zaznaczone przez sznurówki tego samego koloru w ciemnych adidasach, które topiły się wręcz w szerokich, czarnych spodniach opuszczonych do kolan i bluzie w białe poziome pasy. Ciemnopiwne oczy z bardzo dużymi, wyrazistymi źrenicami otaczał czarny, szeroki ślad po kredce do oczu, nieco rozmazany i bardzo długie, delikatnie podkręcone rzęsy.
Doskonale zapamiętałam głęboki głos starszego z braci. Charakterystyczny akcent zaznaczał niemieckie „r”, co dawało efekt raczej komiczny, aczkolwiek przyjemny dla ucha. Do dziś czuję jego delikatne, ciepłe palce oplatające moją dłoń i mocny uścisk, pozwalający mi wstać. Był wyższy od Marco o głowę, ja z kolei sięgałam mu zaledwie do piersi. Już wtedy w jego lśniących oczach ujrzałam pewien Blask. Blask, który zawładnął moimi myślami... tak. Tego dnia rozpoczęła się moja dziewięcioletnia historia z braćmi Schmeisser. Każdy nowy dzień w Ich towarzystwie pozwalał mi lepiej, dokładniej poznać świat. Chłopcy nauczyli mnie życia, wpoili wiele jego aspektów. Od tamtej chwili wszystko wokół mnie jak gdyby przewróciło się do góry nogami...
- Rodzice ochrzcili mnie Aleksandra. Taka po prostu Ola, Oleńka..
-No to Alutka – uśmiechnął się David, zginając się w pół i zrywając rosnącego w samotni, płomiennie czerwonego maka. Kwiatek, który kryje w sobie całą historię naszego kraju; w swojej soczystej barwie upomina myśli na wspomnienie żołnierskiej, przelewanej z godnością i honorem krwi. Przesunął powoli dłonią, odgarniając krucze włosy zasłaniające moje oczy i zaczepiając mi kwiat za ucho, uśmiechnął się promiennie.
- Aleksandra, Ola, Oleńka, Alutka. Moja piękna!
Zawsze w takich momentach trudno było mi odpowiedzieć cokolwiek. David potrafił jednym swoim słowem odebrać mi grunt myślowy. Nie wiedzieć czemu, bardzo to w Nim lubiłam.
- Niech będzie – westchnęłam wreszcie z rezygnacją. Choć nowe „miano” niezbyt przypadło mi do gustu, to wiedziałam, że spieranie się z chłopakiem nie miałoby sensu. On zawsze potrafił postawić na swoim. Poza tym szkoda było mi kłócić się o taką błahostkę. W końcu róża pachniałaby tak samo pięknie, gdyby nazwano ją „kapustą”. No i co to za różnica, czy Ola, czy Alutka. Podobnie.
Kolejnych parę minut upłynęło w niezręcznej ciszy. Mimo, iż miałam miliony pomysłów na temat rozmowy, to byłam pewna, że nie należy jej przerywać, choć wtedy jeszcze nie rozumiałam dlaczego jest ona tak ważna. I z jakiego powodu David zabierał mnie zawsze w to miejsce. Były to całe hektary zieleni: łąki i pola uprawne, jeziora i przegrody dla kóz dzielące działki naszego miasteczka Rumi od jej sąsiadki Redy. Uwielbiałam jednak tamtejsze tańce wiatru z liśćmi brzóz przy dźwiękach koncertu granego przez orkiestrę wdzięcznych świerszczy, dotyk tamtej trawy. Lubiłam tak spędzać ciche, ciepłe popołudnie, leżąc na niej godzinami i wiązać z chłopakiem wianki z maków, czasem milcząc, jak tamtego dnia, innym razem śmiejąc się, kiedy indziej jeszcze smucąc. Jednak jeszcze nigdy nie było między nami takiej rozmowy, jaka powstała w odpowiedzi na moje pytanie, skąd na ciele Davida tak wiele ran i siniaków. Choć miałam zaledwie trzynaście lat, to coś podpowiadało mi, że siedemnastolatek nie spadł po prostu ze schodów. I nie myliłam się.
- Bo widzisz, mój ojciec niedawno stracił pracę – uśmiech z twarzy Davida zniknął, jak gdyby za dotknięciem magicznej różdżki i oddał miejsca mgiełce smutku przeszytego nikła refleksją. – On nie jest złym człowiekiem... tylko bardzo się martwi tym, że nie ma dla nas pieniędzy, czasem nawet na chleb czy zwykłą herbatę. A wtedy pożycza pieniądze od kolegów i kupuje sobie za nie alkohol, żeby się lepiej poczuć i nie myśleć o problemach.
- A wasza mama…?
- Była modelką. I wtedy byliśmy dość bogatą rodziną… Ale czasem dzieje się tak, że osoby, które bardzo kochamy, muszą od nas odejść. Tak też stało się z mamą. Bóg też bardzo ją pokochał i chciał mieć jak najbliżej siebie – zauważyłam, jak po piegowatych od słońca policzkach Davida spłynęły powoli dwie samotne łzy. Serce delikatnie mi się ścisnęło, a myśli kołotały szaleńczo, krzycząc jedna przez drugą. Z jednej strony irytował mnie fakt, że tłumaczy mi to, jak sześcioletniemu dziecku; z drugiej widziałam, że w inny sposób nie potrafi o tym mówić. – Tata naprawdę za nią tęsknił. Chyba dlatego też zaczął pić… I pił trochę zbyt dużo. Wiesz, on miał tak wiele problemów… a mi i Marco bardzo słabo wychodziło w nauce. Ja byłem zagrożony z fizyki, brat w ogóle nie chodził na lekcje… on także nie umiał poradzić sobie ze śmiercią mamy. Podbierał tacie alkohol i uciekał z kolegami. Gdy ojciec się o tym dowiedział, bardzo się wściekł. Zawiedliśmy jego zaufanie… ale on nie lubił podnosić na nas głosu. Był zdania, że siłą można zdziałać więcej. Nim stracił pracę, był ochroniarzem, więc miał jej bardzo dużo…
- Davv… wasz ojciec Was bije…? – spytałam drżącym głosem, choć tak naprawdę znałam już przecież odpowiedź. Serce biło mi mocniej niż kiedykolwiek, gdy spojrzałam w ciemnobrązowe oczy blondyna. Nie umiałam jakoś przypomnieć sobie kiedy ja zostałam uderzona po raz ostatni.
- Tak… - odpowiedział zimno w odpowiedzi, ściskając w dłoni kępek trawy. – Ale tylko wtedy, kiedy jest na nas bardzo zły.
- Często jest zły… - dopowiedziałam bardziej do siebie samego, patrząc pustym, niewidzącym wzrokiem prosto w oślepiające promienie słońca, Bożej latarni. W moim spokojnym, pełnym rodzicielskiej miłości dzieciństwie trudno było o zwykłego klapsa; co dopiero o taką przemoc… i przecież Patrick, ojciec Davida, to taki miły, opanowany człowiek! Dlaczego pozory bywają tak bardzo omylne…?
Pozwalając ciszy znów ogarnąć łąkę, objęłam ciepło chłopaka. Policzki paliły niemiłosiernie, gdy bezlitosne łzy sunęły się po nich swoją tułaczką Odyseusza, a dłonie ścisnęły ręce Davida. Nie umiałam już patrzeć w Jego oczy, zawsze pełne uśmiechu i entuzjazmu, teraz wypełnione drobnymi kroplami; wolałam wtulić policzek w Jego ramię, przesiąknięte słodką wonią perfum i na siłę starać się nie myśleć o tym, co usłyszałam. „Czasem dzieje się tak, że osoby, które bardzo kochamy, muszą odejść. Ale błagam, nie odchodź, mój roześmiany Davidzie!” – pomyślałam rozpaczliwie, z całych sił pragnąc usłyszeć Jego zabawny akcent, opowiadający, jak pofarbował Marco włosy na różowo. Tak… tak bardzo egoistycznie łaknęłam wtedy Jego uśmiechu.
* * *
Był czwarty grudnia dwa tysiące szóstego, gdy Marco ukończył szesnasty rok swojego życia. Bardzo zdziwił mnie Jego telefon z zawiadomieniem, że wraz z bratem i znajomymi stoją na naszym dworcu miejskim oraz zapraszają mnie z tejże okazji do pizzeri, jednakże trudno byłoby w takiej chwili odmówić, zwłaszcza, że przygotowałam dla Niego prezent i nadarzyła się okazja do wręczenia go.
Punktualnie o godzinie szesnastej zastałam Ich naprzeciwko dworcowego sklepu; wszystkich szeroko uśmiechniętych. W oczach Marco, zwanego wkrótce po prostu Markiem, zabłysnęły nieznane mi dotąd ogniki. Ogniki, których bardzo się wystraszyłam. Które po brzegi wypełniły mnie uczuciem delikatnej pustki…szybko odwróciłam wzrok, szukając Davida. Jednak nie było Go wśród zebranych.
- Gdzie jest Davv? – zapytałam z lekkim zażenowaniem, wciąż unikając spojrzenia jego młodszego brata. Zwróciłam się z pytaniem do jego najbliższego przyjaciela – Schwarza, chłopaka niezwykle podobnego do Marco, jednak o nieco jaśniejszych oczach i bardzo rzadko się uśmiechającego.
- Musi załatwić pewne sprawy – odpowiedział tamten flegmatycznie, spoglądając jednak dość niespokojnie w stronę drzwi łazienkowych, po czym spojrzał z irytacją na zegarek i jęknął:
- Czy on zawsze siedzi w łazience ponad czterdzieści minut?
- To chyba przez te gumy do żucia. Wiesz, z tyłu było napisane, że spożycie ich w nadmiarze powoduje przeczyszczenie… - odpowiedział złośliwie Marek, automatycznie rozluźniając atmosferę, na co każdy wybuchnął nieco jednak wymuszonym śmiechem.
- No okay, w takim razie chodź tu, solenizancie. Ale ty już stary jesteś! – wyszczerzyłam się do Marco, przywołując Go gestem i ukazując Mu małą, czarną torebeczkę. I rzeczywiście, od naszego ostatniego spotkania chłopak nabrał nieco poważniejszego wyrazu. Bardzo schudł na twarzy, ukazując wydatne kości policzkowe i Jego nos stał jakby mniej zadarty. I to spojrzenie… Tak niepokojąco twarde, stanowcze…
- Wszystkiego najlepszego – uśmiechnęłam się niepewnie i wręczyłam Mu torebkę, całując w oba policzki. Dość dziwny zwyczaj, podebrany ze świąt Bożego Narodzenia, kiedy to rodzice robią tak z wujkami, składając sobie nawzajem życzenia. Tyle, że on, zamiast powiedzieć „wesołych świąt”, uśmiechnął się tylko twarzą nie ukazującą żadnych emocji, poza tym przerażającym uśmiechem i nachylając się, szepnął mi do ucha: „kiedyś już nie będziesz taka nieśmiała”, po chwili odchylając się:
- Dzięki, młoda! – klepnął mnie lekko otwartą dłonią w plecy, po czym zajrzał do siateczki. Był to raczej skromny podarunek, acz wiedziałam, że Marek od dawna już ma w zamiarze jego zakupienie. I nie myliłam się, mając nadzieję, że się ucieszy.
- Eminem! – wykrzyknął zdziwiony, podkładając tuż pod nos ofoliowaną płytę Szwarzowi, który cofnął się lekko przestraszony. – Kumasz, stary?! Eminem! Curtain Call: The Hits! Szukałem tej płyty! Kocham Cię! – dodał w moją stronę, rzucając mi się na szyję.
- Wiem… - parsknęłam Mu śmiechem w ramię, usiłując uwolnić się od mocnego uścisku. Choć jego słowa były wyraźnie ironiczne, to gdzieś w głębi tych piwnych oczu, czaił się nikły błysk. Gdy spostrzegł, że mnie dusi, wypuścił z ramion i uśmiechnął się jeszcze raz.
- Naprawdę bardzo ci dziękuję.
- Ależ nie ma za co – puściłam Mu zaczepnie oczko, stwierdzając z ulgą, że ów niepokojący blask zniknął z Jego dużych źrenic. – Jeszcze jest kartka.
- Ach tak, rzeczywiście. Chwila moment… o mam. Jeju, jakie długie – wytrzeszczył oczy na moje maleńkie pismo, po czym usiadł pod ścianą i odchrząknąwszy, zaczął czytać na głos:
- Kropla deszczu przebywa drogę tak długą,
Nim dojdzie do swojego celu.
Napotyka na swojej drodze tak wiele krajobrazów,
Chwil z życia ludzkiego.
Spójrz w nią, a ujrzysz barwy tęczy sprzed dwóch tysięcy lat;
Błysk wszystkich oczu w nią wpatrzonych,
Miliony fleszy ją fotografujących.
Każde tchnienie wiatru, zakodowane od początku świata.
Całą krwawą historię Polski i za Ojczyznę przelane łzy
Stroskanych matek.
Głuchy krzyk mewy przy czyimś ostatnim zachodzie słońca na plaży
Zabrzmi w Twoich uszach.
A może właśnie Twojego…?
Weź ją w dłonie, a poczujesz ciepło Bożego policzka,
Z którego się zsunęła.
Twoje serce otuli ludzka miłość,
Rodząca się przy ciepłym, letnim deszczu.
Przepłynie przez Twoje palce i skapnie delikatnie pod bose stopy,
Oddając ostatni hołd.
Uklęknij i przyjrzyj się, jak od niej staje się zależne życie ogółu.
Przymknij oczy i dojrzyj skarby tysiącleć,
Której kryje w sobie ta Boża łza,
Szyta przez Jego Anioły.
W ostatnim tchnieniu obejrzyj w niej lata swojego życia:
Narodziny, pierwszy uśmiech, wczesny zapach wiosny,
Czy najdroższą miłość.
To wszystko ukaże Ci, jak wiele chwil zachować można w tej najmniejszej.
Te tysiące snów w jednej kropli wody…
Tego właśnie ci życzę – Twoja Alutka – ostatnie dwa słowa wypowiedział nieco ciszej, spoglądając na Szwarza, po czym zwrócił się do niego nieco zachrypniętym głosem:
- Nie wiem czy wiesz, ale zadajemy się z totalną dziwaczką.
Kolejną falę śmiechu przerwał przerażony krzyk Cleriena, który poszedł sprawdzić, czy David przypadkiem nie utopił się w zlewie. Oczy Marco zwęziły się nieco, gdy kazał mi zostać i wbiegł do łazienki, z której wychylała się twarz chłopaka. Był niesamowicie blady.
Czas, kiedy ich nie było, dłużył mi się niesamowicie. Miałam wrażenie, jakby minęło parę dobrych godzin, zanim Marko rzucił mi swoją komórkę i kazał zadzwonić po pogotowie.
- Tylko szybko! – dodał z wyraźnym zdenerwowaniem w trzęsącym się głosie i wrócił do toalety.
Z sekundy na sekundę wzrok zamazywał mi się coraz bardziej, w głowie szumiało, a serce biło jak oszalałe. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak udało mi się wezwać karetkę. Jednak już po około pięciu minutach, które dla mnie zamieniły się w tryliony godzin bezlitosnego oczekiwania, gdy ciszę ulicy przeszył ostry odgłos syreny alarmowej, Marco ze Szwarzem wybiegli z ubikacji, niosąc w ramionach ciało Davida. Jego twarz zlewała się z barwą otaczającego nas śniegu, oczy miał zamknięte, a z sinej wargi leciał Mu wąski strumyczek krwi. Trudno jest określić uczucia, które wtedy mną władały. Było to zarówno przerażenie, jak i smutek połączony z rozpaczą. Bałam się pytać o cokolwiek, z lękiem weszłam do łazienki, w której został jasnowłosy Clerien… Tak bardzo chciałam już znaleźć się w domu.
- Znalazłem tylko TO – szepnął piętnastolatek, nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć gdy odwrócił się w moją stronę. Na jego dłoni zabłysnęła długa igła strzykawki.
* * *
„Parodia”, powiedziałby w tym momencie Marco. I ja byłam tego samego zdania. Spoglądałam zszokowana w ciemnobrązowe, zawsze ciepłe, pełne czułego blasku oczy Davida, teraz puste i bez wyrazu. Jego usta rozchylały się w przerażającym uśmiechu, a dłoń spadała powoli na poduszki wraz z resztą ciała. Rumiane policzki powoli bladły, nabierając barwy płatków stokrotek, a liczne piegi znikły. Myśli w głowie ścigały się, niczym iskry na rozpalonym węglu i ten nieprzyjemny ucisk w żołądku…
przecież miałam Mu pomóc! Pomóc z tego wyjść! Zawiodłam…?
Na policzkach powoli materializowały się delikatne łzy, które już po chwili utonęły w burzy Jego poplątanych blond włosów. Białą poszewkę poduszki zalewało gorąco krwi, a pokój wypełnił głuchy odgłos upadającej strzykawki. Potoczyła się po ciemnej posadzce, rozbijając na zimnej ścianie. Mała, przezroczysta przyczyna tego zdarzenia… i tęskne uderzenia Jego serca. Coraz słabsze, jednak w każdym z nich była jeszcze nadzieja. Chociaż maleńka jej cząstka… I ten czuły uśmiech, z jakim zawsze patrzył w moje oczy. Słyszałam jeszcze tylko Jego cichy szept, czułam dłoń zaciskającą się na moim przegubie. Przepraszał… I Jego łzy na mojej szyi.
- To są Skarby, których nie dosięgną*… - słabe, głębokie słowa na zawsze zapadły w moją pamięć. To brzmiało tak prawdziwie… uścisk osłabł. Jego oddech stawał się z sekundy na sekundę coraz słabszy, coraz bardziej płytki… I jedna tylko łza potoczyła się po Jego skroni, wtapiając w poduszkę. Ostatni raz dotknęłam jego ust – zawsze ciepłych, czułych – teraz tak chłodnych i bladych. Z otwartej, jednej z dziesiątek innych ran sączyła się powoli małą ścieżką ciemnobordowa krew, ocieplając Jego ciało. David był na najpiękniejszej z dróg... na Drodze do Niebios.
Mówili że będzie szczęśliwy. Wierzę, że teraz już jest.
Zaufałam i sobie i Jemu.
Nie wysłałam Go do zakładu, choć tak bardzo chciałam. Przecież obiecał, że się wyleczy...
…pierwszy raz jest zawsze najpiękniejszy.
Jestem jak potężny dąb
stojący samotnie w polu.
Niestraszne mu wichury,
Silne korzenie mocno go trzymają
Na ułamanych gałęziach.
Pozagajały się rany...
Niejedną jeszcze burzę
przyjdzie mu przejść,
niejeden konar jeszcze się ułamie.
A on nadal będzie trwał
Tak, jak wieczność trwa...
Serce
Sama nie wiem, dlaczego piszę ten list. Dobrze przecież wiesz, że nigdy nie potrafiłam tego robić… Od pamiętnej nocy, w której to myślami ściskałam Twoją dłoń, ocierałam pot z Twojego bladego czoła, słuchałam bicia umierającego serca, minął już ponad rok. Jednak ja wciąż budzę się o czwartej nad ranem i nucąc cicho melodię bluesa, widzę Twoją twarz we wschodzącym słońcu.
Wydarzenia z dnia szesnastych urodzin Twojego młodszego brata nauczyły mnie bardzo wiele z życia. A przede wszystkim ukazały, na jak wiele rzeczy dotychczas byłam ślepa… Pomogły mi otworzyć bramę duszy i wpuścić do niej ból i cierpienie; wyrzucając charakterystyczną dla dawnej mnie - ignorancję. Tak wiele razy, nim Cię poznałam, miałam kontakt z ludzką krzywdą, pewnego rodzaju niedosytem. Choć miałam wtedy przecież zaledwie sześć lat, to już zwracałam uwagę na ludzi mieszkających na ulicach, mających za jedynego towarzysza życia mały plastikowy kubeczek; proszących o choć jedną małą złotówkę. Dzieci wokół mnie na ich widok pytały rodziców, kim oni są, dlaczego tak wyglądają, dlaczego płaczą. Mój wewnętrzny upór mnie samą zamykał na takie pytania. Może to pewien aspekt strachu przed życiem innym, niż we wiecznym dostatku…?
Gdy pojawiłeś się Ty, wiele zrozumiałam. Przede wszystkim to, że poza rodzicielską miłością, słodyczami i zabawkami, dzieciństwo może tak być przepełnione strachem przed własną rodziną. Będąc dzieckiem, nie mogłam skarżyć się na niski stan majątkowy ze strony moich rodziców: zawsze znalazły się jakieś drobne na nowy samochodzik czy loda latem. Częste wypady do kina, nad morze… To coś, co dla mnie było rzeczą tak przecież normalną. Dla Ciebie: marzeniem sennym… Podczas, gdy Ty szeptałeś ciche: „kocham Cię, mamo” do zimnego nagrobka na cmentarzu, ja złościłam się na moją, gdy kazała mi wracać do domu przed godziną dwudziestą pierwszą. Niepojętą rzeczą jest, jak wiele człowiek potrafi wymagać od życia…
Mając około dwunastu lat, zaczęłam bardzo interesować się używkami. Pociągała mnie tajemnica ukryta w słowie: „nałóg”. Setki godzin poświęciłam na wczytywaniu się w lektury o tematyce narkomanii: tematu najbardziej dla mnie zamkniętego. Z tego też powodu najmocniej pachnącego… Wiele nauczyłam się o LSD, "zasmakowałam" działania heroiny, zrozumiałam ból kokainowy. Jednak w sercu wciąż biło się małe „ale”. Choć w każdej z lektur biło wręcz zdaniem: „Uważaj! Najlepsze wyjście: nie wchodź!”, mnie aż za bardzo interesowało uczucie, jakim jest stan upojenia narkotykowego. Czy dlatego właśnie Bóg postawił mi Ciebie na drodze życia…? Tego nie wiem. Jednego jednak mogę być pewna: był to najpiękniejszy Dar, jaki od Niego dostałam. Poza Darem Życia.
Wciąż gdy zasypiam, czuję zimny dotyk Twoich ust; widzę Twoje ramię, które przecinała gęsta pajęczyna ran po nakłuciach strzykawki. Słyszę Twoje ostatnie „przepraszam” i bez końca zastanawiam się, jak jest Ci u góry, gdy obserwujesz nas – mnie i Marco - stojąc pod rękę z Panem Bogiem. Dostąpiłeś Drogi, do której dąży każdy z nas. Która jest jedyną prostą ścieżką, prowadząca do Prawdziwego Życia… Stamtąd też widzisz mnie. Mnie, wpatrującą się we własne odbicie lustrzane, łaknącą odpowiedzi na tak wiele pytań z dłonią dotykającą jego szklanej powłoki.
Widzisz moje łzy…? Czy znasz odpowiedź na pytanie, jak ciężkim i jak długim okresem dla całego świata jest ludzkie życie? Davidzie, czy tam gdzie jesteś, jest miejsce i dla mnie…?
Wpatrując się w nikły płomień świecy stawiam przed sobą pytanie: dlaczego odejść musiałeś akurat Ty, żebym ja podpisała krucjatę własnego serca, przyrzekając przed światem i samą sobą wstrzemięźliwość przed narkotyzmem...? Powiedziałeś kiedyś: „Bóg zsyła swoje Anioły na ziemię, stawiając przed nimi określony cel. Każdy z nich dąży do wypełnienia go, ażeby później wrócić do Domu i wraz z Ojcem cieszyć się życiem wiecznym”. Czy tym właśnie był cel Twojej wędrówki? Nauczenie mnie asertywności, uratowanie przed sidłami nałogu…? Mój Aniele Złoty. Dlaczego Bóg chce mieć obok siebie te najwspanialsze Anioły…?
Świadectwo Twojego życia zasiało w mojej duszy pewne ziarno. Ziarno nadziei, którą pokładam w życiu bez nałogu. Jednak wiem, że w tej tułaczce odyseuszowskiej, która od Twojego odejścia stała się moim zagubieniem we własnej duszy, potrzebuję pomocy. Pewnej siły, która pomoże mi przezwyciężyć liczne przeciwności losu, które na pewno staną mi na drodze. Tak więc zwracam się do Ciebie z prośbą o zesłanie jej. Abyś czuwał nade mną pod postacią Anioła Stróża i swoim ciepłym wzorkiem otulał każdy krok, który postawię, zwracając go na odpowiednią ścieżkę. Nauczyłeś mnie żyć, teraz proszę Cię, byś moim życiem pokierował…
„Już piąta. Może sen przyjdzie? Może mnie odwiedzisz…?” ** Tak. Wybiła godzina piąta nad ranem… A Ty znów odwiedzasz moje myśli. Stajesz, jak dawniej, w swojej skórzanej kurtce i długich, lekko falowanych włosach tutaj, przede mną i uśmiechając się spokojnie, wyciągasz w moją stronę swoje silne dłonie, aby w Twych ramionach odnaleźć wyciszenie od codzienności; bezpieczeństwo, które kryje w sobie jeden krótki uścisk. By po raz kolejny rozbawić mnie swoim charakterystycznym „r” czy zachwycić niesamowitą, charyzmatyczną aurą, jaką wokół siebie roztaczałeś. Abym mogła przyglądać się Twoim wygłupom z Marco, po których zawsze pozostawał zabawny ślad, jak właśnie, np. Jego pasemka.
Jest tylko jedna rzecz, której wciąż nie potrafię zrozumieć. Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś mi o swoim nałogu…? Przecież mogliśmy wspólnie go zwalczyć! Razem postawić czoła życiu oraz śmierci i ukazać światu, że prawdziwa miłość jest w stanie przezwyciężyć wszystko! Mimo wszystko czuję, że tak być musiało, że pisane nam było spotkać się już tylko w Domu Ojca…
Widzę, jak obserwując z góry stawiane przeze mnie litery, płaczesz deszczem za oknem. Dlaczego…? Czy aby kiedyś nie szepnąłeś: „skoro to nie Bóg stworzył łzy, to dlaczego my mamy to robić”? - Davidzie. Czy ten deszcz jest oczyszczeniem mojej duszy z wszelkich pytań i niepewności…?
Jeśli tam, skąd teraz na mnie patrzysz jest jeszcze wolne miejsce, to proszę, czekaj na mnie. Przyjdę do Ciebie. Ażeby znów wtulić się w Twoje silne ramiona…
Bo widzisz… „Czasem dzieje się tak, że osoby, które bardzo kochamy, muszą od nas odejść”.
Alutka
Schowałam list do koperty i adresując ją: „David Marco Schmeisser, Niebo”, włożyłam do małej butelki, zakorkowałam i oddałam Bogu poprzez fale naszego ulubionego jeziora, czując na swoich biodrach dotyk Marco. Odwracając twarz napotkałam jego usta ocierające się o mój policzek i ciepły oddech na szyi, szepczący:
- Zapomnij. To co było, nie wróci...
- Tak, oczywiście – odpowiedziałam spokojnie, nieco chłodno całując jego delikatne usta. Smakowały zupełnie inaczej, niż jego brata.
- Idziemy do domu? – uśmiechnął się niepewnie, ocierając łzę z mojego policzka i widząc, jak kiwam w zgodzie głową, objął mnie w pasie i wyprowadził z parku, do którego już nigdy więcej nie wróciliśmy.
Z Marco do dziś układa mi się wspaniale. Na nowo nauczyłam się kochać i w jego ramionach odkryłam zrozumienie. I, co najwazniejsze, nigdy nie robił mi wyrzutów, gdy spglądałam na zdjęcia Davida. Kochał mnie, a ja pokochałem jego.
----------------------------
* "To są skarby.." - fragment utworu Libera & Doniego "Skarby".
** "Już piąta.." - fragment utworu Starego Dobrego Małżeństwa "Czarny blues o czwartej nad ranem".
Głosuj (0)
Dredziara 07.05.2010

